MARGHERITA QUARANTA (1932-1991)
„Chciałabym być jak te świece , które wypalając się nie pochylają się i dają światło, i zgasnąć dopiero, kiedy dam z siebie wszystko! Dziękuję Ci, mój Boże, że powierzyłeś mi najpewniejsze apostolstwo, apostolstwo cierpienia!”

Przychodzi na świat 27 marca w 1932 roku. Jest to trudny czas. Jej tato służy w karabinierach, co powoduje, że od samego początku jej rodzina wiedzie trochę tułacze życie. Lubiana przez wielu, wstępuje w szeregi Akcji Katolickiej i od samego początku widać, jak wielki ma wpływ na młodzież. Sama oddaje swoje zabawki i rzeczy dzieciom z pobliskiego Domu Dziecka a zapraszając do siebie na święta ok. 10 dzieci stwierdzi, że były to najpiękniejsze święta Bożego Narodzenia. W wieku 20 lat pojawiają się pierwsze oznaki choroby u niej. Po maturze Margherita zapisała się jesienią 1952  na Katolicki Uniwersytet Świętego Serca w Mediolanie na wydział literatury. Niestety, podstępna i objawiająca się sprzecznymi symptomami choroba coraz silniej dawała o sobie znać. Choroba ta nie została nigdy wyraźnie określona a będąc źródłem codziennego cierpienia powoli zniszczyła całe jej życie. Bolały ją praktycznie wszystkie narządy wewnątrz a tak naprawdę nie można było znaleźć żadnej przyczyny tych bóli. To było właśnie jej największą wewnętrzną udręką: nie znając dogłębnie własnej choroby, nie mogąc jej nazwać, żyła obawami, że może być oszukiwana, albo że może to ona udaje przed innymi.Jej życie wewnętrzne możemy poznać z Pamiętników (21), które pisze przez 23 lata. Ukazują one na osobę o bardzo żywej wrażliwości, serdeczną, z wyrazistym i szczerym charakterem, nieco pedantyczną, otwartą i prostolinijną.  Nie kończące się wielokropki zostawiające zdania w zawieszeniu wiele mówią o jej niepewności i  wewnętrznej udręce. Margherita całymi dniami  pozostawała  w łóżku lub leżała w fotelu. Wtedy dokonała swego wyboru. „…gorąco oczekiwałam dnia, aby móc się Tobie oddać bez reszty. 10 kwietnia, Wielki Czwartek 1952 roku! Przyjęłam Ciebie w ciszy, złożyłam moją ofiarę i teraz zaznaję spokoju. Złożyłam z siebie ofiarę zawierzając wszystko sile Twojej łaski. Teraz jestem gotowa wszystko zaakceptować, wszystko ofiarować. Ta moja rola „ofiary” Bożej woli potęguje w moim sercu wiarę, iż zostanę wysłuchana. Odpowiem „TAK” na każde zawołanie o zbawienie dusz. Od dzisiaj muszę dać się „ukrzyżować”  za mnie samą. Długo o to modliłam się do Jezusa. Chcę móc powiedzieć za świętym Pawłem, że pragnę się chlubić tylko Twoim Krzyżem. „TAK” Margherity, aczkolwiek wypowiedziane w morzu łez, polegało na pogodzeniu się i codziennym wypełnianiu woli Boga. O to  właśnie prosiła nieustannie w wielu  modlitwach. 

W 1962 roku zostaje odpowiedzialną diecezjalną za CVS i okazało się, że ta krucha i wątła kobietka jest osobą zdecydowaną, szczerą i nie uznającą kompromisów. Choć ludzie denerwowali ją niekiedy, starała się –z powodzeniem – być dla nich łagodna, okazywać czułość, wysłuchiwać i rozumieć biednych i bogatych, małych i wielkich. Posiadała ponadto nadzwyczajną umiejętność dodawania otuchy, pocieszania i radzenia. Ona sama, tak ciągle potrzebująca światła i wewnętrznego wsparcia, dla innych była trzeźwym analitykiem ich dusz oraz nadzwyczaj delikatną i cenną towarzyszką duchową. W 1965 roku składa śluby i zostaje Cichą Pracownicą Krzyża. 

Odeszła w sobotę 23 listopada 1991.

„ Jeżeli umrę, będę jeszcze bliżej Was mając większe możliwości niesienia pomocy. I wszyscy, którzy są ze mną w kontakcie, niech wiedzą, że po śmierci będę jak nigdy dotąd blisko każdego z Was. Jedyny kłopot tkwi w tym, że po śmierci nie będę mogła już więcej cierpieć …”