• Myśli Bł. Luigiego Novarese

    • Bóg, który dał nam wszystko przez ręce Maryi, niczego nie chce udzielić poza tym kanałem, świętym kanałem, kanałem pochodzącym wprost od Boga. Ona jest prostą drogą dla wszystkich, drogą krótką i wolną od pułapek.

Słudzy Boży naszej Wspólnoty

Komunia Świętych jest dla wszystkich wierzących radosną rzeczywistością. Cisi Pracownicy Krzyża liturgicznie celebrują Wspomnienie Wszystkich Świętych, do których się uciekają wspominając cuda, jakie ukazała w nich Boża Łaska. Pozwala to ufać, że ich „braterska troska” stanie się ogromnym wsparciem „w naszej słabości”; „Bo jak wzajemna łączność (communio) chrześcijańska między pielgrzymami prowadzi nas bliżej Chrystusa, tak obcowanie ze Świętymi łączy nas z Chrystusem…” (LG, 50).

Sługa Boży ks. prałat Luigi Novarese
Minęły już cztery lata od dnia zamknięcia procesu beatyfikacyjnego naszego Ojca na szczeblu diecezjalnym. Komisja historyczna zgromadziła materiał zajmujący ponad 1560 stron. Podczas procesu przesłuchano 93 świadków, w tym 7 kardynałów, 4 biskupów, 10 księży, 41 członków Cichych Pracowników Krzyża i Centrum Ochotników Cierpienia oraz 32 osoby świeckie.

Wszystkie akta procesu zajmują 9 woluminów (1911 stron), ale cała dokumentacja jest o wiele szersza. Składa się z 50 woluminów. Wśród nich są pisma Sługi Bożego: medytacje, rozważania, modlitwy, listy, instrukcje, artykuły, korespondencja rodzinna, apostolska oraz dotycząca stowarzyszenia.

Sługa Boży Giunio Tinarelli
(27 maja 1912 – 14 stycznia 1956) był pięknym, dobrym i silnym młodzieńcem, przeszedł przez królewskie drzwi Krzyża w kwiecie wieku. Sam szczegółowo opowiedział o swojej drodze w „Notatkach z mojej choroby”. Pisze tam między innymi o swojej miłości do Soliny, narzeczonej, która gdy dowiedziała się o jego chorobie, odeszła od niego, zwracając mu pierścionek zaręczynowy. Pierścionek ten Giunio ofiarował ks. Novarese, a ten umieścił go w koronie Matki Bożej z Lourdes, która była w jego życiu zawsze szczególną pomocą, a pielgrzymki do Lourdes stały się niezrównanymi momentami łaski w życiu Giunia, były jego duchowym wsparciem, a także momentami cudownego połowu.

W przeddzień swojej śmierci Giunio mógł powtórzyć za świętą Bernadetą Soubirous: „Jestem zgnieciony jak ziarnko pszenicy!”. Ale mimo to, podobnie jak św. Bernadetta, również Giunio, w ostatnich dniach swego życia pocieszony został, jak potwierdzają różni świadkowie, niebiańskimi momentami „przemienienia”. Najświętsza Panienka, tak bardzo przez niego kochana, nawiedziła go wielokrotnie i bardzo prawdopodobnie, zdradziła mu także dokładną godzinę śmierci.

Sługa Boży Angiolino Bonetta
(18 września 1948 – 28 stycznia 1963). Dla Angiolina momentem zwrotnym, jego gajem Getsemani, była szkoła zawodowa w Bresci, gdzie rodzina wysłała go na początku jesieni 1960 na kurs przysposobienia zawodowego. Była to dobra szkoła, zdrowe chrześcijańskie środowisko, w którym kształcenie młodzieży powierzono zakonnikom. Nie dane mu było jednak jej ukończyć.

Już na samym jej początku ciężko zachorował, w wyniku czego musiał mieć amputowaną nogę. Od początku jednak ten młody chłopiec był przekonany, że w modlitwie, w miłości do Matki Bożej, w cieple Eucharystii znajdzie siły, aby zachować uśmiech, aby czynić dobro, aby promieniować radością i nadzieją. W pokoju szpitalnym prowadził z innymi chorymi różaniec, a skoro tylko zaczął posługiwać się kulami, jął krążyć od osoby do osoby z misją krzewienia dobra. Dodawał otuchy, wyprowadzał z depresji, rozweselał.

Zbawienie dusz, zadośćuczynienie za zło grzeszników to codzienna myśl przewodnia tego chłopca obdarzonego sympatią i siłą wiary. 21 września 1962 Angiolino złożył śluby we wspólnocie Cichych Pracowników Krzyża. W następnym roku zmarł. Przed śmiercią zwrócił się do swojej mamy z pogodną pewnością: „Powiem ci, kiedy umrę. Zawarłem pakt z Matką Bożą. Kiedy nadejdzie godzina… Ona przyjdzie po mnie! Poprosiłem ją, abym przez Czyściec przeszedł na tym świecie. Kiedy umrę, polecę od razu do Nieba!”.

Sługa Boży Fausto Gei
(24 marca 1927 – 27 marca 1968). Fausto dźwigał swój krzyż pogodnie, z godnością. Był przekonany, że najbardziej autentyczną i pełną znaczenia modlitwą jest „Amen”: Niech się spełni wola Boża! Tego „Amen”: Niech tak będzie!, niejednokrotnie potrzeba, szczególnie na początku naszej drogi z cierpieniem: gdy rzeczywistość Krzyża zaskakuje człowieka, często w najmniej spodziewanym momencie, gdy rodzi się ból, przerażenie, rozpacz. Fausto Gei zrozumiał to doskonale i potrafił zaakceptować cierpienie w swoim młodym i krótkim życiu.

Odkrył on nowy blask życia naznaczonego stygmatem cierpienia, życia, które przeżywał jako wspaniałą przygodę, na drodze modlitwy i cierpienia. Pisał: „Na moim łożu cierpienia przeżywam najprawdziwszą i najpiękniejszą przygodę. (…) Ta moja przygoda jest piękna i prawdziwa do tego stopnia, że wypełnia całe moje życie i sprawia, że kocham je z wszystkimi cierpieniami, które ze sobą niesie… W ten oto sposób spędzam moje życie nie bezużytecznie, skoro codziennie mogę odnawiać moją ofiarę miłości i cierpienia, aby spełniło się Królestwo niebieskie”.