• Myśli Bł. Luigiego Novarese

    • Bóg, który dał nam wszystko przez ręce Maryi, niczego nie chce udzielić poza tym kanałem, świętym kanałem, kanałem pochodzącym wprost od Boga. Ona jest prostą drogą dla wszystkich, drogą krótką i wolną od pułapek.

Siewcy Nadziei

Komunia Świętych jest dla wszystkich wierzących radosną rzeczywistością. Cisi Pracownicy Krzyża liturgicznie celebrują Wspomnienie Wszystkich Świętych, do których się uciekają wspominając cuda, jakie ukazała w nich Boża Łaska. Pozwala to ufać, że ich „braterska troska” stanie się ogromnym wsparciem „w naszej słabości”; „Bo jak wzajemna łączność (communio) chrześcijańska między pielgrzymami prowadzi nas bliżej Chrystusa, tak obcowanie ze Świętymi łączy nas z Chrystusem…” (LG, 50).
 

Czcigodny Sługa Boży Giunio Tinarelli (27 maja 1912 – 14 stycznia 1956).
„Dla mnie najlepszym bogactwem jest cierpienie, które pozwala mi od czasu do czasu odłożyć w „banku” Bożym część moich cierpień z nadzieją, że będę mógł je podjąć kiedy Pan wezwie mnie do życia wiecznego. Nie cierpię ani z powodu fizycznego bólu ani z powodu dyskomfortu jaki niesie ze sobą choroba, gdyż Panu Bogu spodobało się, zmiażdżyć mnie cierpieniem!”

Był pięknym, dobrym i silnym młodzieńcem, przeszedł przez królewskie drzwi Krzyża w kwiecie wieku. Sam szczegółowo opowiedział o swojej drodze w „Notatkach z mojej choroby”. Pisze tam między innymi o swojej miłości do Soliny, narzeczonej, która gdy dowiedziała się o jego chorobie, odeszła od niego, zwracając mu pierścionek zaręczynowy. Pierścionek ten Giunio ofiarował ks. Novarese, a ten umieścił go w koronie Matki Bożej z Lourdes, która była w jego życiu zawsze szczególną pomocą, a pielgrzymki do Lourdes stały się niezrównanymi momentami łaski w życiu Giunia, były jego duchowym wsparciem, a także momentami cudownego połowu.

W przeddzień swojej śmierci Giunio mógł powtórzyć za świętą Bernadetą Soubirous: „Jestem zgnieciony jak ziarnko pszenicy!”. Ale mimo to, podobnie jak św. Bernadetta, również Giunio, w ostatnich dniach swego życia pocieszony został, jak potwierdzają różni świadkowie, niebiańskimi momentami „przemienienia”. Najświętsza Panienka, tak bardzo przez niego kochana, nawiedziła go wielokrotnie i bardzo prawdopodobnie, zdradziła mu także dokładną godzinę śmierci.

Sługa Boży Angiolino Bonetta (18 września 1948 – 28 stycznia 1963).
„Moim powołaniem jest cierpieć aż do samego końca!”

Dla Angiolina momentem zwrotnym, jego gajem Getsemani, była szkoła zawodowa w Bresci, gdzie rodzina wysłała go na początku jesieni 1960 na kurs przysposobienia zawodowego. Była to dobra szkoła, zdrowe chrześcijańskie środowisko, w którym kształcenie młodzieży powierzono zakonnikom. Nie dane mu było jednak jej ukończyć.

Już na samym jej początku ciężko zachorował, w wyniku czego musiał mieć amputowaną nogę. Od początku jednak ten młody chłopiec był przekonany, że w modlitwie, w miłości do Matki Bożej, w cieple Eucharystii znajdzie siły, aby zachować uśmiech, aby czynić dobro, aby promieniować radością i nadzieją. W pokoju szpitalnym prowadził z innymi chorymi różaniec, a skoro tylko zaczął posługiwać się kulami, jął krążyć od osoby do osoby z misją krzewienia dobra. Dodawał otuchy, wyprowadzał z depresji, rozweselał.

Zbawienie dusz, zadośćuczynienie za zło grzeszników to codzienna myśl przewodnia tego chłopca obdarzonego sympatią i siłą wiary. 21 września 1962 Angiolino złożył śluby we wspólnocie Cichych Pracowników Krzyża. W następnym roku zmarł. Przed śmiercią zwrócił się do swojej mamy z pogodną pewnością: „Powiem ci, kiedy umrę. Zawarłem pakt z Matką Bożą. Kiedy nadejdzie godzina… Ona przyjdzie po mnie! Poprosiłem ją, abym przez Czyściec przeszedł na tym świecie. Kiedy umrę, polecę od razu do Nieba!”.

Sługa Boży Fausto Gei  (24 marca 1927 – 27 marca 1968).
„Nie kocham cierpienia, ale chętnie je akceptuję; widzę w nim bowiem urzeczywistnienie woli Boga. Chorzy są konstruktorami nieba: swoimi cierpieniami budują wspaniały most łączący Boga z ludźmi”.

Fausto dźwigał swój krzyż pogodnie, z godnością. Był przekonany, że najbardziej autentyczną i pełną znaczenia modlitwą jest „Amen”: Niech się spełni wola Boża! Tego „Amen”: Niech tak będzie!, niejednokrotnie potrzeba, szczególnie na początku naszej drogi z cierpieniem: gdy rzeczywistość Krzyża zaskakuje człowieka, często w najmniej spodziewanym momencie, gdy rodzi się ból, przerażenie, rozpacz. Fausto Gei zrozumiał to doskonale i potrafił zaakceptować cierpienie w swoim młodym i krótkim życiu.

Odkrył on nowy blask życia naznaczonego stygmatem cierpienia, życia, które przeżywał jako wspaniałą przygodę, na drodze modlitwy i cierpienia. Pisał: „Na moim łożu cierpienia przeżywam najprawdziwszą i najpiękniejszą przygodę. (…) Ta moja przygoda jest piękna i prawdziwa do tego stopnia, że wypełnia całe moje życie i sprawia, że kocham je z wszystkimi cierpieniami, które ze sobą niesie… W ten oto sposób spędzam moje życie nie bezużytecznie, skoro codziennie mogę odnawiać moją ofiarę miłości i cierpienia, aby spełniło się Królestwo niebieskie”.

MARGHERITA QUARANTA (1932-1991)
„Chciałabym być jak te świece , które wypalając się nie pochylają się i dają światło, i zgasnąć dopiero, kiedy dam z siebie wszystko! Dziękuję Ci, mój Boże, że powierzyłeś mi najpewniejsze apostolstwo, apostolstwo cierpienia!”

Przychodzi na świat 27 marca w 1932 roku. Jest to trudny czas. Jej tato służy w karabinierach, co powoduje, że od samego początku jej rodzina wiedzie trochę tułacze życie. Lubiana przez wielu, wstępuje w szeregi Akcji Katolickiej i od samego początku widać, jak wielki ma wpływ na młodzież. Sama oddaje swoje zabawki i rzeczy dzieciom z pobliskiego Domu Dziecka a zapraszając do siebie na święta ok. 10 dzieci stwierdzi, że były to najpiękniejsze święta Bożego Narodzenia. W wieku 20 lat pojawiają się pierwsze oznaki choroby u niej. Po maturze Margherita zapisała się jesienią 1952  na Katolicki Uniwersytet Świętego Serca w Mediolanie na wydział literatury. Niestety, podstępna i objawiająca się sprzecznymi symptomami choroba coraz silniej dawała o sobie znać. Choroba ta nie została nigdy wyraźnie określona a będąc źródłem codziennego cierpienia powoli zniszczyła całe jej życie. Bolały ją praktycznie wszystkie narządy wewnątrz a tak naprawdę nie można było znaleźć żadnej przyczyny tych bóli. To było właśnie jej największą wewnętrzną udręką: nie znając dogłębnie własnej choroby, nie mogąc jej nazwać, żyła obawami, że może być oszukiwana, albo że może to ona udaje przed innymi.Jej życie wewnętrzne możemy poznać z Pamiętników (21), które pisze przez 23 lata. Ukazują one na osobę o bardzo żywej wrażliwości, serdeczną, z wyrazistym i szczerym charakterem, nieco pedantyczną, otwartą i prostolinijną.  Nie kończące się wielokropki zostawiające zdania w zawieszeniu wiele mówią o jej niepewności i  wewnętrznej udręce. Margherita całymi dniami  pozostawała  w łóżku lub leżała w fotelu. Wtedy dokonała swego wyboru. „…gorąco oczekiwałam dnia, aby móc się Tobie oddać bez reszty. 10 kwietnia, Wielki Czwartek 1952 roku! Przyjęłam Ciebie w ciszy, złożyłam moją ofiarę i teraz zaznaję spokoju. Złożyłam z siebie ofiarę zawierzając wszystko sile Twojej łaski. Teraz jestem gotowa wszystko zaakceptować, wszystko ofiarować. Ta moja rola „ofiary” Bożej woli potęguje w moim sercu wiarę, iż zostanę wysłuchana. Odpowiem „TAK” na każde zawołanie o zbawienie dusz. Od dzisiaj muszę dać się „ukrzyżować”  za mnie samą. Długo o to modliłam się do Jezusa. Chcę móc powiedzieć za świętym Pawłem, że pragnę się chlubić tylko Twoim Krzyżem. „TAK” Margherity, aczkolwiek wypowiedziane w morzu łez, polegało na pogodzeniu się i codziennym wypełnianiu woli Boga. O to  właśnie prosiła nieustannie w wielu  modlitwach. 

W 1962 roku zostaje odpowiedzialną diecezjalną za CVS i okazało się, że ta krucha i wątła kobietka jest osobą zdecydowaną, szczerą i nie uznającą kompromisów. Choć ludzie denerwowali ją niekiedy, starała się –z powodzeniem – być dla nich łagodna, okazywać czułość, wysłuchiwać i rozumieć biednych i bogatych, małych i wielkich. Posiadała ponadto nadzwyczajną umiejętność dodawania otuchy, pocieszania i radzenia. Ona sama, tak ciągle potrzebująca światła i wewnętrznego wsparcia, dla innych była trzeźwym analitykiem ich dusz oraz nadzwyczaj delikatną i cenną towarzyszką duchową. W 1965 roku składa śluby i zostaje Cichą Pracownicą Krzyża. 

Odeszła w sobotę 23 listopada 1991.

„ Jeżeli umrę, będę jeszcze bliżej Was mając większe możliwości niesienia pomocy. I wszyscy, którzy są ze mną w kontakcie, niech wiedzą, że po śmierci będę jak nigdy dotąd blisko każdego z Was. Jedyny kłopot tkwi w tym, że po śmierci nie będę mogła już więcej cierpieć …”


SŁUŻEBNICA BOŻA ANNA FULGIDA BARTOLACELLI (1928-1993)

„Zachowajcie w sobie wiarę: w niej znajdziecie siłę, aby przejść przez nieuniknione próby życia. Umiejcie dziękować Bogu za radość, którą Wam ześle w życiu i pomóżcie innym uszlachetniać ich własne cierpienie poprzez życie w łasce.”

Anna miała siostrę Adę, pozornie zdrową, która jednak z czasem zaczęła przejawiać poważne braki fizyczne uniemożliwiające jej dalszy normalny rozwój: układ kostny z dużym niedoborem wapnia łatwo ulegał deformacji, co było przyczyną częstych złamań. Niestety Anna była znacznie bardziej chora niż siostra, z czego zdała sobie sprawę już w dzieciństwie. „Miałam kości jakby ze szkła i łamały się one przy każdym niedużym ruchu zrastając się później samoistnie. Zaczęła się również i dla mnie ciężka droga krzyżowa; można sobie wyobrazić, ile cierpienia niosły za sobą te złamania  istocie tak żywej, jaką ja byłam!” . Anna bardzo szybko przestała się rozwijać dlatego do końca swojego życia pozostała z wyglądu dziewczynką. Nigdy też nie chodziła.W 1956 roku udały się po raz pierwszy na pielgrzymkę do Loreto. Następne pielgrzymki były już do Lourdes, gdzie poznała ks. Novarese. Któregoś wieczoru ksiądz prałat zapoznawał  chorych ze Stowarzyszeniem Ochotników Cierpienia i przedstawiał, na czym polega ich praca oraz cel, do którego dążą. Ochotnik w cierpieniu nie ma być prostym przedmiotem współczucia dla ludzi zdrowych, lecz autentycznym podmiotem działania łaski poprzez słowo, wiarę, świadectwo w czynach, odwiedzanie i wspieranie bardziej od nas potrzebujących  braci. Powoli odkrywała swoje powołanie i tak napisała podanie o przyjęcie do Cichych i w wieku 33 lat wstąpiła do nowicjatu Cichych Pracowników Krzyża. 8 grudnia 1964 roku Anna złożyła pierwsze śluby i wstąpiła w szereg Cichych Pracowników Krzyża. 

Jak można podsumować życie Anny? Wiara w Boga, miłość do Matki Bożej i  żarliwa wierność swej religijnej rodzinie jaką stanowili Cisi Pracownicy Krzyża.Źródłem, z którego Anna czerpała siły w tych trudnych latach, była przede wszystkim modlitwa. 

Anna odeszła do Pana 27 lipca 1993 roku. Często tak mówiła: Pamiętaj. Kiedy umrę, nie chcę kwiatów. Na trumnie połóżcie Lekcjonarz”. I zadośćuczyniono jej prośbie kładąc na  trumnę Lekcjonarz Słowa Pańskiego otwarty na stronie, na której jest napisane: „Chodź służebnico dobra i wierna, dostąp radości Twego Pana!”.     

ANGELA NEGRI (1928-1991)
„Przyjmuje z pokorą swój krzyż na tak długo jak tylko Pan Bóg zechce abym go dźwigała, ale gorąco pragnę wyzdrowieć, aby móc dużo pracować w służbie Matce Bożej i chorym. Kocham mój paraliż, bo jest czymś pięknym nie móc nic zrobić samemu a potrzebować wszystkich, ale chwilami chciałabym móc biec w służbie Pana. Kocham mój krzyż nawet gdy jest przygnębiający i upokarzający. W chorych widzę mojego Jezusa Ukrzyżowanego”.

 

 

CRISTIANO PAVAN (1923 – 1968)
Pracować nieustannie, aby Mama zatriumfowała we wszystkich sercach … sprawić, aby wszyscy nasi bracia poznali Ją i coraz bardziej kochali … ale tylko modląc się i przyjmując z radością każde cierpienie i ofiarowując je, będzie możliwym osiągnięcie wielkich rzeczy.”

 

 

 

SESTO GENTILETTI (1939 – 1985)
„ Trzeba nadać cel własnemu krzyżowi: jeżeli krzyż ten będziemy nieść z Chrystusem, możemy osiągnąć szczyty miłosierdzia i właśnie w imię miłosierdzia, które dodaje nam ducha i pcha do działania, staniemy się szczerym, żywym świadectwem dla naszych braci” .

 

 

 

MARIO CAPONE (1925 – 1994)
„Dialog jest metodą i normalnym instrumentem rozwoju wspólnoty; musi on być szczerym i lojalnym otwarciem się, braterskim doświadczeniem, wzięciem na siebie współodpowiedzialności. Stąd konieczność wiary w dialog i stosowania go w sposób naturalny w życiu we wspólnocie”.