• Myśli Bł. Luigiego Novarese

    • Bóg, który dał nam wszystko przez ręce Maryi, niczego nie chce udzielić poza tym kanałem, świętym kanałem, kanałem pochodzącym wprost od Boga. Ona jest prostą drogą dla wszystkich, drogą krótką i wolną od pułapek.

Homilia ks. Wojciecha Bartoszka wygłoszona 17 maja na Jasnej Górze podczas II Krajowej Pielgrzymki Centrum Ochotników Cierpienia

 
 
 

Siostry i bracia,

Gromadzimy się na Jasnej Górze jako Centrum Ochotników Cierpienia. Dziękuję za zaproszenie do Waszej wspólnoty. Dziękuję za wspólną modlitwę.

W tym roku Centrum Ochotników Cierpienia przeżywa 35-lecie istnienia w Polsce. 75 lat temu zaś – dzięki włoskiemu kapłanowi Luigi Novarese, dzisiaj już beatyfikowanemu – wspólnota ta została powołana do istnienia. Z Centrum Ochotników Cierpienia wyrosła druga wspólnota – Stowarzyszenie Cichych Pracowników Krzyża. Członkowie Stowarzyszenia – którzy przybyli do Polski 25 lat temu – oddając się całkowicie Bogu, udzielają wsparcia osobom cierpiącym.

Przybywają więc do Maryi, do Jej Domu, dwie wspólnoty, głęboko związane ze sobą. Czujemy się tutaj dobrze, w Jej Domu. Wiemy z historii, że osoby chore, niepełnosprawne i ci, którzy im pomagali, od Maryi otrzymywali szczególną opiekę.

Wśród wielu tytułów, które otrzymała jest i ten: Gwiazda Zaranna. Spora część wspólnoty mieszka na terenie archidiecezji gdańskiej. Ludzie związani z morzem dobrze wiedzą, jak ważna dla marynarzy jest (może raczej: jak kiedyś była) gwiazda świecąca na niebie tuż przed wschodem Słońca. To planeta Wenus wskazująca właściwy kierunek dla statków. Chrześcijanie kiedyś nadali Maryi właśnie taki tytuł – Gwiazdy Zarannej. Bo Ona wskazuje nam nie tylko na morzu, ale również w każdej chwili naszego życia, zwłaszcza w chwilach naszych duchowych ciemności, właściwą drogę.

Nosimy w sercu wiele ciemności, związanych z chorobą, niepełnosprawnością, z wiekiem. Ciemności zalegają nasze serca, gdy przeżywamy osamotnienie. Trudny dla wszystkich – dla osób chorych i niepełnosprawnych, myślę że najtrudniejszy – był czas epidemii. Jedną z trudnych dla mnie chwil w posłudze w Szpitalu Tymczasowym było spotkanie z dziewczyną, z Zespołem Downa. Była pogodna, ufna, wspólnie modliliśmy się po przyjęciu przez nią Komunii świętej. Później została przyjęta do OIOM i zaintubowana. Pytałem w sercu Boga: dlaczego? Przecież była niewinna.

Chcemy na wszystkie nasze ciemności spojrzeć przez pryzmat wiary. Uczy nas tego Maryja, Gwiazda Zaranna, nasza Jutrzenka. Na to, co nas przerasta, co jest trudne, rodzi ciemności, możemy spojrzeć w dwojaki sposób. Mówi o tym pewna historia, bajka, z morałem (wspomniał o niej kilka dni temu ks. Marcin Niesporek na diecezjalnej pielgrzymce chorych w Piekarach Śląskich):

«W brzuchu ciężarnej kobiety toczy się dyskusja pomiędzy bliźniakami. Jeden mówi: „Wierzysz w życie po porodzie?”. – „Jasne. Coś tam musi być! Mnie się wydaje, że my właśnie po to tu jesteśmy, żeby przygotować się na to, co będzie potem”.  – „Głupoty – odpowiada drugi – żadnego życia po porodzie nie ma. Popatrz na nasze małe krzywe nóżki? Jak tu na nich biegać? A kto widział, żeby jeść ustami? Przecież żywi nas pępowina.” – „No ja nie wiem” – mówi pierwszy. „Zobaczymy mamę, ona się będzie o nas troszczyć!” – „Mama? Ty wierzysz w mamę?” A kto to według ciebie w ogóle jest?” – „No przecież jest wszędzie wokół nas. Dzięki niej żyjemy. Bez niej nie byłoby nas”. – „Nie wierzę. Żadnej mamy jeszcze nie widziałem, czyli jej nie ma”. – „Jak to? Przecież jak jest cicho, możesz posłuchać jak śpiewa, albo poczuć jak głaszcze nas. Wiesz, myślę, że prawdziwe życie zaczyna się później”».

Jak wiemy, to ten ostatni bliźniak ma rację. Choć perspektywa obu, z której się wypowiadali, była taka sama. Ale to on jeden zawierzył. Tyle bajka. Maryja uczy nas rzeczywistej wiary.

Wiary uczył się od Maryi bł. Luigi Novarese. Dobrze wiecie, że właśnie dzisiaj, 17 maja, mija 91. rocznica jego cudownego uzdrowienia. Miał wówczas 17 lat. Wcześniej ciężko chorując, prosił Maryję o cudowną interwencję. Wiele osób modliło się w tej intencji. Wysłuchała wszystkich tych modlitw, w miesiącu szczególnie Jej poświęconemu. W dowód wdzięczności Luigi został kapłanem i poświęcił się w służbie chorym.

Liczne wota zamieszczone w Kaplicy Cudownego Obrazu świadczą również o wielu innych wysłuchanych, tutaj na Jasnej Górze, przez Maryję modlitwach, o zdrowie. Prośmy Ją o to, o Jej wstawiennictwo u Jezusa.

Bł. Amadeusz, bp Lozanny głosił kiedyś kazanie, było to w XII wieku: „[Maryja] przywraca zdrowie ciała i leczy rany serca. W miejscach poświęconych Jej czci i pamięci sprawia swoim pośrednictwem, że chromi chodzą, niewidomi odzyskują wzrok, głusi słyszą, pozbawionym mowy jest ona przywrócona i uleczone zostają różne niemoce i słabości. Przychodzą grzesznicy, biją się w piersi, wyznają swoje winy i otrzymawszy przebaczenie, powracają z radością do swoich domów. Przychodzą także przygnębieni, strapieni i smutni, pogrążeni w rozpaczy, zagubieni, obarczeni długami i nieszczęśnicy okryci hańbą i upodleni. Ale Ona nie odrzuca żadnego nędzarza; pełna miłosierdzia błaga za nimi swojego Syna, i w ten sposób odwraca od nich zło wszelkie”.

Ewangelie są świadectwem działania Chrystusa wobec chorych, na duszy i na ciele. Bóg dlatego dał się zranić i nosi w swoim Ciele znaki męki i cierpienia, abyśmy i my – zranieni na duszy i na ciele – mogli Jemu swoje rany pokazać. Więcej, abyśmy zanurzyli je w Jego ranach. Na kilka wieków przed przyjściem Chrystusa, Izajasz prorokował o Cierpiącym Słudze Jahwe. Słyszeliśmy to w pierwszym czytaniu:

„Mąż boleści, oswojony z cierpieniem (…), wzgardzony (…). On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie”.

Tak, „w Jego ranach jest nasze zdrowie”. Podobnie jak św. Tomasz zanurzmy nasze boleści, nasz lęk, naszą niewiarę, w Jego przebitym boku. Każdego cierpiącego na duszy pragnie uzdrowić.

Izajasz prorokował dalej: „On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy.” Grzech jest największą ciemnością człowieka czyniącą jego duszę niepełnosprawną i kulejącą, albo i złamaną. Rodzi największe cierpienie. Jezus pragnie wziąć na siebie i tę ciemność. Tym bardziej chce ją wziąć. Jest Zbawicielem.

Ale to nie wszystko. W duchowej drodze, którą ukazuje nam dzisiaj Gwiazda Zaranna, Maryja, jest jeszcze jeden ważny etap. Maryja prowadziła w Lourdes św. Bernadettę, w Fatimie świętych Hiacyntę i Franciszka oraz Łucję, do jeszcze jednej postawy. Prosiła dzieci podczas objawień – ich przesłanie stało się istotnym elementem nauczania bł. Luigi Novarese – aby ofiarowały swoje cierpienia za Kościół, za grzeszników. Tłumaczyła im, że zbawienie innych może być zagrożone. W Fatimie – było to 105 lat temu – ukazała dzieciom piekło. Przeraziło je to. Dzieci zgodziły się na ofiarę swoich cierpień, zarówno fizycznych, jak i duchowych. Nie jako zadośćuczynienie za swoje grzechy – bo były niewinne – ale jako zadośćuczynienie za grzechy innych. Realizowały tę duchową drogę jako małe dzieci; również później – jako dojrzałe kobiety, siostry zakonne: Bernadetta we Francji, a Łucja w Portugalii, ofiarowały swoje cierpienia za innych, za Kościół święty.

Moi Drodzy,

Pan Jezus nie zawsze uzdrawia ciała. To, dlaczego jednych uzdrawia, a innych nie, jest tajemnicą Bożego działania. Zawsze pragnie uzdrowić nasze serca: z grzechów, nieprzebaczenia, lęków o siebie, o innych, z osamotnienia. Nieraz pozostaje jednak choroba, niepełnosprawność. Co wówczas? Wsłuchujemy się w przesłania lourdzkie i fatimskie: w wezwanie Maryi do naśladowania Jej Syna w niesieniu krzyża i do ofiarowania z miłością cierpienia za innych.

Gdy wspominam przywołaną wcześniej pacjentkę z Zespołem Downa, z oddziału covidowego, rodzi się we mnie refleksja: może ona wzięła na siebie duchowo dylematy matek, które wahają się, czy urodzić swoje dzieci z Zespołem Downa? Wiem jedno, że ofiara cierpienia wielu chorych jest najmocniejszym i najcenniejszym budulcem duchowym Kościoła. Uczę się od wielu chorych i niepełnosprawnych wiary.

Z największych ciemności Jezus – Światłość świata, potrafi wyprowadzić dobro. W niedzielę kanonizowany św. Karol de Foucauld, umarł – po ludzku sądząc – niewiele osiągnąwszy. Przeżywał swoje życie, po nawróceniu, pośród wielu ciemności. Nie stracił wiary. Chciał być zawsze ostatni i realizować duchowość nazareńską. Chciał być misjonarzem głoszącym Chrystusa muzułmanom. Jednak prócz kilku niewolników, których wykupił i ochrzcił, nikogo nie nawrócił. Nie udało mu się utworzyć zgromadzeń misyjnych. Nie znalazł ani jednego człowieka, który zachciałby z nim dzielić misyjny zapał. Żył samotnie i umarł samotnie. A jednak jego życie zaowocowało po jego śmierci. Dopiero kilkanaście lat po jego śmierci, pięciu paryskich seminarzystów i księży udało się na Saharę, by tam prowadzić życie monastyczne w oparciu o regułę napisaną przez Karola. Dzisiaj zgromadzenie to mocno się rozrosło.

Życie świętych, Karola de Foucauld, błogosławionych, Luigi Novarese, obecność Matki Najświętszej, Gwiazdy Zarannej, obecność wielu chorych i niepełnosprawnych, którzy ochotnym sercem ofiarują się Bogu, ofiarują swoje cierpienia, za Kościół, za kapłanów, o powołania do służby Bożej, obecność tych, którzy służą chorym, jak Maryja Elżbiecie będącej w potrzebie, rodzi wdzięczność, rodzi uwielbienie Boga, rodzi Magnificat. Jest również powodem, aby w pełni zawierzyć swoje życie Bogu, na wzór zawierzenia, którego dokonał przed laty św. Karol de Foucauld:

Ojcze, zdaję się na Ciebie, zrób ze mną co Ci się podoba cokolwiek uczy-nisz ze mną – dziękuję Ci. Jestem gotów na wszystko, przyjmuję wszystko, byle-by wola Twoja spełniała się we mnie, we wszystkich Twoich stworzeniach – nie pragnę nic więcej o Boże. W ręce Twoje oddaję ducha mojego, bo kocham Cię całym sercem i z ufnością oddaję Ci się bez reszty, gdyż jesteś naszym Ojcem.

Leave a comment